sielankowo

Listopad 17, 2007


src=”https://mrumru.files.wordpress.com/2007/11/usta.thumbnail.jpg” />

gdybym niewiedziała, że będzie jutro
że się ściemnia i wieczór nadchodzi i że do domu wołają…
poprzestałabym na tym na dłużej
jak dzisiaj przez minutę
na rozkwitającej sielance
tak pięknej i zadowalającej
zieleni nadziei
i na tej wstążce niebieskiej
spadającej z Twojej głowy
z taką gracją
jakiej nigdy w sobie nie poczułam.

 

 Budziłam się zawsze wcześniej niż Ty…wiesz?

*magiczność poranków spędzonych w samotności. (Chwile przed kolejnym wspólnym dniem.)

Zawsze przepadałam za porankami, takimi w których nigdzie się nie śpieszę, wstaję wcześniej bez myśli, że każde poranne czynności muszę wykonać w określonym czasie. Zawsze przed Tobą, tak byś mógł wyspać się po ciężkiej umysłowej pracy przed laptopem wieczoru poprzedniego. Tamten dzień był właśnie taki. Inny, ponieważ zmienił troche zwykły ciąg rutynowych letnich poranków tym, że poza naszą małą przytulną, białą sypianią, za dużym oknem z szerokim parapetem, roztaczała się aura szarego zamglonego poranka, zapowiadającego dzień bólu dla meteoropatów a dla innych rozkoszowanie się ciepłem swojego mieszkania, melancholijną atmosferą, z herbatką czy kawą i papierosem w oknie. Tak też zrobiłam. Otworzyłam oczy, przeciągnęłam się lekko, tak że kołdra usunęła mi się z wcześniej przykleszczonych ud i poczułam niespodziewany lekki, wręcz przyjemny chłód dobiegający z uchylonego górą okna, gubiącego całą swoją gładką powierzchnię, w strużkach deszczu. Tworzyło obraz równie ciekawy niczym małe zabawkowe kalejdoskopy dla dzieci, tyle że w odcieniach zgaszonych szarościami. Piętro wyżej mieszka starszy pan, którego zwą wielkim upierdliwcem. Dlaczego? Otóż zawsze całkiem z rana… gra na swoim fortepianie przedwojenne piosenki. Czasami mijam na korytarzu, czy w windzie ludzi, którzy w tym całym swoim zabieganiu, nucą jego utwory. Jednak pomimo tego…na pytanie: czy wiedzą co się z nim dzieje, albo: czy może mieli sposobność poznać tajemniczego Pana mieszkającego piętro wyżej, zawsze odpowiadali, że bardziej upierdiwego człowieka nie spotkali nigdy wcześniej, a potem przez dobrą dłuższą chwile narzekają na jego muzykę. Nieważne. Staram się nie patrzeć w ten sposób na to. Kiedy rano słyszę pierwsze dźwięki nierozruszanych jeszcze dobrze palców staruszka, wyobrażam sobie jego życie. Pewną samotność, przeżytek, poszukiwanie i wspominanie wrażeń i sytuacji z młodości. We wszystkim można doszukać się melancholii. Po równych ośmiu minutach skończył grać. Pewnie teraz włączy radio i będzie słuchać wiadomości porannych. Uśmiechnęłam się do siebie. Troche więcej czasu, mniej zabiegania.. i mam nawet chwilę żeby pomyśleć o nim, tym starym człowieku, którym nikt się nie interesuje. Odwiedzę go kiedyś, może zaproszę na kawe. Woda w czajniku już wrze, po chwili porusza się czerwony guzik i wyłącza urządzenie. Zawsze przytrzymuję go za rączke i zgaduję, w której chwili drgie wyłącznik. Zaparzam herbatę earl grey, moją ulubioną. Dla Ciebie kawę czarną, sypaną, dość mocną. Potem kładę ją na parapecie, swoją herbatę również. Szyba się zaparowywuje. Podchodzę do łóżka i wyłączam budzik, tuż przed jego dzwonieniem tak żeby nie drażnił Cie sam jego dźwięk. Nawet ten jeden z najciekawszych i najmiszych w świecie sygnałów budzika, który razem wybraliśmy, (troche tak dla zasady) zostanie już zawsze tylko tym nieoczekiwanym dźwiękiem, przerwaniem spokojnego, błogiego snu, tym niedobrym! Rozpoczęciem nowego dnia.  W zamian włączam Twoją ulubioną płytę, po którą sięgneliśmy oboje jeszcze jako nieznajomi, w tym samym momencie, dokładnie rok temu, w starym sklepie z płytami Pana Tom’a. Wtedy się poznaliśmy. Potem obserwuję jak się ociągasz przy wstawaniu. Z rozczochraną fryzurą i zaspanym wzrokiem patrzysz na mnie, podchodzisz i całujesz w czoło. Idziesz pod prysznic. Kawa stygnie, nie lubisz gorącej. Czekam na Ciebie, opieram się o krawędź ściany koło okna, skulam nogi pod siebie, siedząc na parapecie. Popijając przesadnie słodką herbatę. Wsłuchuje się w znane dźwięki, które wydajesz i powodujesz różnymi czynnościami porannej toalety. Odkładasz kubek z wodą, płukasz gardło wycierasz twarz ręcznikiem i wieszasz go spowrotem na zepsutym skrzypiącym wieszaku. Potem otwierasz drzwi i ukazujesz się, teraz już z uśmiechem na twarzy, trzeźwym spojrzeniem, świerzością. Sięgasz po swój czerwony kubek z kawą, całujesz mnie w usta, a potem siadasz na przeciwko mnie, na drugim krańcu parapetu. Miczymy. Kreślę coś bezmyślnie palcem po zaparowanej szybie. słyszę cichy, jakże krótki dźwięk Tojego uśmiechu, odwracam wzrok. Tak, znowu się uśmiechasz. Sięgasz do szufady małej komodki w zasięgu ręki. Wyciągasz złote Marlboro, wyciągasz dwa papierosy. Jeden wkładasz mi do ust. wyciągasz zapalniczkę…